- Stan twój i twojego konia chyba też nie jest przypadkowy. - Zatrzymałam Champange, którego prowadziłam na poranny popas. Klacz tego chłopaka wyglądała przy nim okropnie. - Jestem Swietlana. Mogę jakoś pomóc?
Seevay spojrzał na swoją pobrudzoną bluzę, stan swojego konia, który ledwo zipiał.
- Eeem... Chyba tak. - odpowiedział cicho i zeskoczył na ziemię. Chwycił za sznurki robiące za "ogłowie".
- Choć, ty pójdziesz pod prysznic, a ja się zajmę twoją fryzką. - uśmiechnęłam się. Chłopak trochę niepewnie ruszył za mną do stajni hodowlanej, gdzie stał mój wałach. Akurat obok niego było wolne miejsce. Powiedziałam mu, żeby tam wstawił swoją klacz. Nawet nie wiem jak ona ma na imię...
- Jak się nazywa? - spytałam nagle. Zaskoczony pytaniem Seevay odpowiedział dopiero po chwili.
- Silvie.
- Ładnie. Zaprowadzę cię pod prysznic, a w tym czasie ją trochę nakarmię.
***
Pół godziny potem i chłopak i klacz jedli, a raczej pałaszowali swoje śniadanie. Siedzieliśmy obydwoje na snopkach siana naprzeciwko boksów.
- Skąd ty się tutaj w ogóle wziąłeś?
(Mattev?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz